Nowela. W. J. Turzański
Nawet nie wiem, gdzie nabawiłem się tej złośliwej, podzwrotnikowej malarji. Może w Singapore, może na Borneo, może w Manili. Bóg jeden wie. Dość na tem, że na rejsie chwyciło mnie. Byłem drugim oficerem pokładowym kompanji „Orient Society” na transportowcu „Diabolo II”. Jechaliśmy z Hong-Kongu na Nagasaki. Wiało jak wszyscy djabli. Około godziny 2-giej po północy poczułem dreszcze. Nieco później pokład zaczął mi pod nogami tańczyć fokstrota, a zęby dzwoniły do taktu. Dość na tem, że rozchorowałem się ciężko, bo po licznych tarapatach ocknąłem się z apatycznej gorączki w szpitalu… w Szang-Haju.
Chciałem ruszyć ręką. Skończyło się jednak na zamiarze. Byłem osłabiony do ostatnich granic. Opadły mnie gorzkie myśli. — Oto włóczęga — myślałem — życie pełne przygód, czarowna bajka wschodnia z epilogiem szpitalnym.
I wtedy, kiedy zwartem kołem otoczyły mnie myśli zgoła beznadziejne, czyjaś twarz uniosła się z sąsiedniego łóżka i ktoś… mrugnął na mnie… Było to mrugnięcie szelmowskie.
— Hę — mruknął nieznajomy. Milczałem.
— Lepiej już? — pytał dalej po rosyjsku.
— Mieux — odpowiedziałem po francusku.
— Pan… Chińczyk?
Byłem słaby jak całkiem maleńkie dziecko. I w dodatku żółty jak cytryna, jak mandarynka, i podobny do Chińczyka.
Mój interlokutor pytał dalej:
— Rosjanin… co? Czech?
— Polak! — odparłem.
— No to… Austrja — zakonkludował.
— Nie! Polak.
— No to rewolucjonista… co? Biały? Trochę czerwony — troszeczkę, co?
— Ani biały, ani czerwony. Taki sobie biało-czerwony — mówiłem po polsku, a głos mój dudnił mi w uszach. Biała sala szpitalna uśmiechała się czerwonem słońcem. Wtedy właśnie zaczęła się moja przyjaźń z Aleksandrem.
Aleksander Baługin był oficerem rosyjskim. Stara jak świat historja. Rewolucja wytrąciła go z normalnego życia i odtąd tułał się tam i sam, walcząc o chleb powszedni. Nie dawał się jednak. Co najważniejsze, nie tracił humoru. Przez pewien czas był stewardem na angielskim okręcie. Przeszedł później do służby na pokładzie. Widziano go w Melbourne, gdzie ukończył kurs nawigacyjny. Dość na tem, że w Szang-Haju został najordynarniej w świecie pchnięty nożem w chwili, kiedy opuszczał jedną z licznych palarni opjum. Jestem pewien, że w tej sprawie musiała umaczać palce kobieta, albowiem Baługin był popularną reinkarnacją Casanovy.
Aleksander Baługin nie był podobny do Apollina. Nie! Człowiek ten przeszedł ospę, miał bliznę, biegnącą od lewego ucha do podbródka, 80 kg żywej wagi, wersalskie manjery i prezencję angielskiego policjanta. Jakiś rewolucyjny epizod załamał mu chrząstkę nosową, a złote zęby czyniły tę niebardzo pociągającą twarz podobną do twarzy handlarza żywym towarem.
Mimo to jednak podobał się. Wiadomo, że niektóre węże posiadają dziwną, magnetyczną moc wzroku. Aleksander posiadał w swojem spojrzeniu coś fascynującego. Jestem pewien, że takim wzrokiem patrzał wąż kusiciel na Ewę pod jabłonią pierworodnego grzechu. I tak, jak w zasięgu mocnej radjostacji grają detektory, w sąsiedztwie pięknego Aleksandra rozpoczynała się cicha, zgoła radjofoniczna gra miłości.
Zaczęliśmy powoli wstawać, chociaż ja byłem gorzki jak chinina, żółty jak Chińczyk i wiotki jak crêpe de Chine. Nasza sytuacja finansowa przedstawiała się… słabo. Ja dostałem od Towarzystwa kilkadziesiąt dolarów i wypowiedzenie. Baługin już od dawna miał dużo wolnego czasu…
Wtedy właśnie poznaliśmy… Ech, długa historja. Nazywała się p. de Bretessi. Działała z ramienia Ligi Narodów, Czerwonego Krzyża i t. d. Jej mąż był kapitalistą, prezesem miejscowego Koła masonów, kawalerem kilkunastu wysokich odznaczeń i znanym w Szang-Haju lichwiarzem. On to właśnie był jednym z głównych organizatorów przemytu broni.
Trzeba zaznaczyć, że w całych Chinach panował w tym czasie niesłychany bałagan. Dla orjentacji powiem, że na północy srożył się na wpół dziki, ale arystokratyczny Czang-Tso-Lin. W Pekinie siedział pyskaty generał Czang-Kai-Szek. Zbroił się generał Wu-Pei-Fu, tajemnicze gry wojenne wyczyniał Feng. W tym krótkim zarysie nie podaję luźnie krążących organizacyj bandyckich, które posiadały w Szang-Haju przedstawicieli i własny bank wypłat.
Pan de Bretessi był obywatelem szwajcarskim, co jednak nie zmieniało jego stosunku do kwestji uzbrojenia. Broń należało odebrać, oszacować, uzupełnić i do tego celu w sposób dyskretny wynajęto Aleksandra. Ja byłem jego zastępcą.
Interes szedł. Skrzynie przychodziły z Europy jako… bagaż dyplomatyczny. Ciężki był to bagaż! Zaczęło się nam wieść. I bylibyśmy dziś miljonerami, gdyby nie (rozumie się) kobieta.
Tym razem ja zacząłem. Nazywała się Bianka Alaverro. Podlotek. Niedawno skończyła we Francji pensję. Papa — gruby paskarz. Poznaliśmy się na nudnym proszonym obiedzie, gdzie starsi panowie pełni pesymizmu rozmawiają o polityce. Później zmrok pozapalał ognie chińskich gwiazd, a niebo stało się ultramarynowe. Tańczyliśmy. Ech… tańczył cały kolorowy jazz, tańczyły kieliszki, rytmicznie kołysali się starsi panowie, z werwą, po rosyjsku, tańczył Aleksander, a moja polska, zlekka wąsata dusza wycinała hołubce.
Później… gdzieś zgubiliśmy się. Miękkim bluszczem otuliła nas altana. Bianka miała dziwnie uczciwe, morskie, nieomal zamorskie oczy i czarne, krótkie włosy garçonki. Wszystko gdzieś przepadło, tylko jakiś statek odjechał i czerwone światła zginęły w oddali.
Nazajutrz przyszedł szary, cholerycznie szary, dżdżysty szanghajski dzień. Aleksander mrugał na mnie — wiedział o wszystkiem. Potem zaczął mówić, że zna takie uczucia, że jak był młodszy, to w Odessie… A raz zakochała się w nim czekistka, ale on…
Wieczór upewnił mnie w mojej wierze. Byłem bardzo szczęśliwy. Życie jest parszywe — mówiłem sobie — a jedyną rzeczą dobrą są miękkie kobiece dłonie. Mężczyzna samotny nie ma celu w swojem istnieniu. Dopiero miłość wnosi nowe wartości… Tak, to była miłość!
P. de Bretessi ma do mnie zaufanie. Właśnie mi to przed chwilą powiedział. Ceni bardzo młodych, energicznych ludzi. Będę musiał pojechać „w sprawach handlowych”. Pojadę statkiem do Victorii. Wstąpię przytem do Macao i Kantonu. Ładunek należy przejrzeć w Macao. Zatem — okręt odjeżdża jutro.
Pożegnałem się z Bianką. Ostrożnie zcałowałem z jej rzęs łzy. Z takiej podróży w tym brzydkim kraju można nie wrócić. Ale ona wierzy, że wrócę. Będzie się modliła do Madonny. Kiedy wrócę, będzie mnie jeszcze więcej kochać. O tak, wrócę napewno! Aleksander odprowadził mnie na pokład. Pożegnał mię serdecznie. Słowiańska dusza! Ucałowaliśmy się.
Cztery tygodnie przeszły mi na podróżowaniu. Całe cztery tygodnie! Ten stary przemytnik ukradł mi najcenniejsze chwile życia. Lecz oto wracam. Nie przymknęli mnie portugalscy celnicy w Macao ani nie porwali chińscy piraci. Jeszcze dzień — a minę wysunięty palec przylądka. Radosnem, tajemniczem mrugnięciem przywita mnie Aleksander. Bianka przytuli się ufnie do swojego błękitnego rycerza. Ten stary mason uściśnie mi dłonie. O tak! Nie zawiodłem niczyich nadziei.
Dawno już wyszedłem z lat młodzieńczych i mógłbym niejedno powiedzieć o kobietach. W każdym porcie nabywałem w tej dziedzinie zasób wiedzy, stojący niejednokrotnie na poziomie uniwersyteckim.
Aleksander posiadał piękny wąsik i prezencję angielskiego policjanta. Domyślałem się czegoś… Pełen niepokoju znalazłem ich siedzących razem na kamiennej ławeczce. Karłowata jabłoń otulała ich swoim cieniem. Siedzieli do siebie przytuleni. Zrobiło mi się przykro, poczułem się jak niepotrzebny człowiek. I wtedy, jako człowiek dobrze wychowany, chrząknąłem.
Myliłby się ktoś, gdyby sądził, że odskoczyli od siebie. Aleksander poprostu mrugnął na mnie i powiedział uradowany:
— Ot — i Stach!
Bianka spuściła oczy. Baługin szedł do mnie z wyciągniętemi rękami. Coś go jednak zatrzymało. Stanął. Mnie tymczasem opanowała szkarłatna fala zazdrości. Przecież to była podłość, tak komuś zabrać dziewczynę!
Ale Bianka już wstała i szła do mnie.
— Bianka — szepnąłem — Bianka, jak mogłaś!
Stała blisko i widać było, że w serduszku jej toczy się zacięta walka. Wreszcie zobaczyłem, jak po jej twarzy zaczynają się staczać ciężkie, rozpaczliwie ciężkie łzy.
— Zostaw nas samych — zwróciłem się do Aleksandra. — Muszę z nią pomówić.
W oczach Aleksandra błysnęła ironja.
— Zostawić was samych! — wycedził.
— Tak — mówiłem — chciałem z nią pomówić. Bianka jest moją!
Człowiek, który stał obok, wyprostował się. Ale i mnie zaczął ponosić gniew. Bianka z płaczem pobiegła w głąb ogrodu. Patrzyliśmy na siebie jak dwa wilki. Jeszcze chwila… a…
Wtedy Aleksander ubiegł mnie. Skłonił się dwornie. Z zjadliwym uśmiechem syknął:
— Moi sekundanci poinformują pana o godzinie — panie Stanisławie. Zatem — do zobaczenia!
P. de Bretessi ubolewał nad tą przykrą historją. Bądź co bądź młodzi, odważni i uczciwi mężczyźni, a postępują tak nierozsądnie. Ludzie będą różnie mówili. Z bronią może się zdarzyć wypadek. Całość odbije się ujemnie na kredytach firmy. Pani de Bretessi wyraża również żal z powodu całej sprawy. Tak, żal i smutek. Później dowiedziałem się, że p. de Bretessi zrobiła scenę zazdrości o… Aleksandra! Wszystko skrupiło się na łysawej głowie jej małżonka.
W międzyczasie odwiedziło mnie dwóch gentlemanów. Jeden z nich, lekarz angielski, mówiąc do mnie patrzał gdzieś nieskończenie wyżej i głosem pełnym flegmy oświadczył, iż klient jego, p. Baługin, został przezemnie śmiertelnie obrażony, tak że tylko krew może zmyć skazę, jaka powstała na honorze jego. Poczem ziewnął i poszedł.
Nazajutrz wypadki pobiegły logicznym trybem. P. de Bretessi wezwał do siebie Aleksandra na „konferencję”, w wyniku której Baługin otrzymał wypowiedzenie, sześciomiesięczną gażę i bilet do Londynu.
Wieczorem, w chwili gdy wybierałem się do Bianki, otwarły się drzwi i w wejściu stanął… Aleksander. Oczy mu błyszczały. Mrugnął na mnie:
— Stach!
Było to wbrew postanowieniom kodeksu honorowego. Jako powaśnionym, w żadnym wypadku nie wolno było nam wprost ze sobą się komunikować. Mimo to jednak zapytałem:
— Czego pan chce?
— Stach — mówił Aleksander. — My dwaj, zgubieni na dalekim Wschodzie, sponiewierani przez los — cóż? Będziemy się strzelać? Mamy sobie jak dwa młokosy robić o podwikę reklamę? Niewiasty to detal. Wszystkie jednakie. Dużo ich jest, dużo będzie.
Przyznał się, że zawinił. Zaczął przepraszać, tłumaczyć. I usiadł ciężko. Musiał wypić wiele, albowiem ział jak wentylator tajnej gorzelni. A potem mówił dalej:
— Wiesz, Stach, a gdyby my tak razem poszli do niej? Spytamy się, musi któregoś wybrać. Ten drugi pożegna się. Pojedzie w świat! Pojedzie i zapomni. Co? Jak sądzisz — pójdziemy?
I poszliśmy. Na niebo wypłynął brzuchaty fałszerz srebra, szanghajski księżyc. Bledziutkie chmurki całowały widnokręgi. Biały kollektyw nowoczesnych domów zlewał się z masywem miasta. Czasami z rogatych głów pagód wystrzelały do góry bengalskie ognie. Wiatr delikatny, morskoskrzydły wiatr szeleścił i płakał na ostrych liściach bambusu.
Cichutko weszliśmy na kamienne schody. Skośnooki Chińczyk zgiął się we wschodnim ukłonie. I nagle usłyszeliśmy jej głos. Cichutko śpiewała pełną smutku piosenkę o francuskich marynarzach.
Nagle Aleksander stanął.
— Cyt — szepnął — ona tam jest.
— Tam jest ktoś trzeci — odparłem.
— Ktoś czwarty — poprawił Olek.
Siedzieli do siebie przytuleni, tyłem do nas. On miał na sobie mundur i czapkę oficera marynarki. Chcieli zamienić pocałunek i wtedy my, jako ludzie dobrze wychowani, chrząknęliśmy obaj.
Oficer marynarki odwrócił się. Poznaliśmy wtedy, że nie był to oficer, tylko kadet. Japoński kadet cesarskiej, wojskowej szkoły. Patrzyły na nas oczy skośne, twarz żółta, niepoważnie wąsata, jakaś starcza i dziecięca zarazem.
Ryknęliśmy wtedy jak na komendę śmiechem. Ja i Aleksander. Wiliśmy się w konwulsjach. Dostałem czkawki, a Olek rechotał jak pluton marynarzy. Zapłakaliśmy się obaj ze śmiechu, twarze posiniały nam, a gardła rozsadzał istny tajfun. Wracając, stawaliśmy na rogach ulic, ażeby się jeszcze wyśmiać. Dwa razy legitymował nas patrol. Tubylcy omijali nas jak trędowatych.
Tej nocy piliśmy obaj z Aleksandrem do rana. Nazajutrz Baługin sprzedał bilet do Londynu. W kilka dni później dwaj europejczycy, jadący I klasą w kierunku na Filipiny, wybuchnęli śmiechem na widok japońskiego dyplomaty, jadącego w przedziale. Baron No-Omokura poczytał ten fakt za dowód ludowego pochodzenia towarzyszy podróży i pełen godności wycofał się z przedziału.
W. J. Turzański
Tygodnik AS nr 22, 28 lipca 1935 (s. 9–11)