Humoreska. Antoni Marczyński
Jerzy, najmłodszy wiekiem urzędnik Ministerstwa Spraw Zagranicznych jednego z kolonjalnych mocarstw, otrzymał wreszcie upragniony urlop, po którym nie miał już wrócić do Centrali, ale objąć nieco odpowiedzialniejsze stanowisko w ambasadzie w Paryżu. Ta miła, podwójna niespodzianka pozwoliła mu spełnić życzenie jego przyjaciółki, która chciała choć raz w życiu wyjechać zagranicę i zobaczyć Paryż oraz francuską Riwjerę.
Pojechali najpierw na Riwjerę. Zamieszkali w Juan-les-Pins, skąd robili wycieczki do różnych, powszechnie znanych miejscowości „Lazurowego Wybrzeża” i t. d. Początkowo wszystko układało się jak najlepiej i Jerzemu wydawało się, że przeżywa najpiękniejszy okres w swojem życiu. Aż pewnego razu…
Kitty oczywiście zauważyła go pierwsza — tego szpakowatego bruneta z orlim nosem, typowego południowca o czarnych, błyszczących oczach, których spojrzenie było dziwnie przenikliwe, ba, denerwujące!
— Bardzo przystojny mężczyzna — stwierdziła.
— Czy masz na myśli tego starego piernika? — spytał Jerzy.
— Stary? Ależ on ma najwyżej 40 lat… Typowy Hiszpan.
— Albo żyd.
— Ani jedno, ani drugie, lecz poprostu wasz rodak — rzekł nieznajomy, obdarzony snać doskonałym słuchem.
Jerzy zmieszał się trochę i coprędzej odszedł wraz z Kitty, widząc, że ów rodak pożera ją wprost wzrokiem.
— Ten typ wygląda mi na handlarza żywym towarem — rzekł, przyciskając ramię swej młodziutkiej przyjaciółki. — Musisz się mieć na baczności, kochanie moje; te łotry są zdolne do wszystkiego!
Popołudniu zrobili wycieczkę do Monako i pierwszym człowiekiem, jakiego spotkali w parku przy Akwarjum, był oczywiście ów rodak. To samo wydarzyło się pod wieczór, gdy wkraczali do sali gry w Monte Carlo, to samo jeszcze z dziesięć razy w ciągu następnych dwóch dni. Jerzy zaczął się niepokoić o swoją dziewczynę, gdyż tamten snuł się za nią jak cień.
— Gdyby ten handlarz żywym towarem ośmielił się kiedy ciebie zaczepić, palnę go pięścią w szczękę — odgrażał się głośno.
Tymczasem nieznajomy zaczepił… Jerzego.
— Chciałbym panu zaproponować pewną transakcję — rzekł bez wszelkich wstępów — ale może wyjdziemy z sali…
— Czego pan sobie życzy? — spytał Jerzy zimno, gdy wyszli z pięknego kasyna „Palm-Beach” w Cannes na taras za wielkim basenem.
— Poprostu tego, żeby pan jutro stąd wyjechał. Za spełnienie tego kaprysu jestem gotowy wypłacić panu pięć tysięcy franków.
Jerzy zrazu osłupiał ze zdumienia, ale po chwili spojrzał przyjaźnie na tego dziwaka; sam był nieźle spłukany po „pechowym” dniu w Monte Carlo, urlop i tak dobiegał końca, a pięć tysięcy franków piechotą nie chodzi.
— Tylko jeden mały waruneczek — dodał tajemniczy rodak, kiedy Jerzy wyraził swą zgodę na natychmiastowy wyjazd — szanowny pan odjedzie stąd bez swojej ślicznej przyjaciółeczki!
— Ach, o to chodzi! — warknął Jerzy. — I pan sądzi, że ja…
— Sądzę — wtrącił tamten — że mogę panu dodać jeszcze 2 tysiące.
— Panie! Jeszcze słowo, a…
— Jeszcze jeden tysiąc? Zgoda?
— Pańska bezczelność przekracza wszelkie granice!
— Ale dziesięciu tysięcy przekroczyć nie może. Więc 10.000, co? A jeżeli pan się nie zgodzi, to zdmuchnę panu dziewczynę bez żadnego odszkodowania… To moje ostatnie słowo.
— Panie! Jeżeli pan ośmieli się jeszcze raz nas zaczepić, to wyboksuję pana i oddam w ręce policji… To znów moje ostatnie słowo.
Niesłychanie wzburzony powrócił Jerzy do kasyna i opowiedział przyjaciółce przebieg całej swej rozmowy z tajemniczym rodakiem.
— Co ty mówisz! Chciał ci dać aż 10 tysięcy?! — zdziwiła się szczerze. — A to dopiero krezus!
— Nie żaden krezus, tylko handlarz żywym towarem. Teraz już nie mam najmniejszych wątpliwości pod tym względem.
Uwierzywszy w to serjo, roztoczył nad swoją dziewczyną najtroskliwszą opiekę, nie pozwalał jej wyjść z hotelu ani na krok samej i dwa dni upłynęły w zupełnym spokoju. Lecz trzeciego dnia Kitty zniknęła.
Wszelkie rozpytywania się służby hotelowej, informowanie się u portjera, jakoteż „logiczne” wyprowadzanie wniosków co do zniknięcia Kitty pozostały bez skutku. Przyjaciółka dyplomaty zniknęła poprostu bez śladu. Wkońcu Jerzy popędził natychmiast na policję, podał, jak umiał, rysopis handlarza żywym towarem i zażądał rozesłania listów gończych.
— Zaraz, zaraz, mój panie — odrzekł komisarz policji. — Wpierw radbym zobaczyć paszport tej młodej damy.
— Paszport miała przy sobie, a jej walizka zniknęła również.
— Z czego wynika, że ta osóbka wyjechała z pańskim rodakiem dobrowolnie. Nie wmówi pan w nas przecież, że wyniesiono ją związaną z tak ruchliwego hotelu…
Jerzy musiał się wreszcie z tem zgodzić, że Kitty nie uprowadzono siłą.
— Ale podstępem, panie komisarzu! Podstępem wywabiono ją z hotelu, wciągnięto do auta, związano, zachloroformowano, wywieziono i… ach, ja myśleć o tem nie mogę spokojnie! Panie komisarzu, proszę bezzwłocznie zarządzić pościg za tym zbrodniarzem. Ja pana błagam!
Komisarz przyrzekł, że uczyni wszystko, co w jego mocy, i w trzy dni później Jerzy otrzymał wiadomość, iż policji nie udało się wpaść na trop zuchwałego handlarza żywym towarem ani jego uroczej ofiary.
Nazajutrz kończył się urlop i Jerzy, rad nie rad, musiał wyjechać do Paryża. Zawarłszy znajomość ze swoimi kolegami i koleżankami, przedstawił się wyższym dygnitarzom ambasady, którzy zaczynali urzędowanie dopiero o godzinie 11-tej, poczem zapytał, czy może się przedstawić ambasadorowi.
— Z tem musi pan wstrzymać się na parę tygodni — odpowiedziano mu — jego ekscelencja bawi jeszcze na urlopie, a ostatnio telegrafował z Algieru, że musiał się poddać ciężkiej operacji…
— Tem lepiej — mruczał Jerzy, wychodząc z gabinetu pierwszego sekretarza ambasady. — Nie jestem obecnie w nastroju do prowadzenia ceremonjalnych rozmówek i ekscelencja wzięłaby mnie za tępego matoła. Trzeba się wpierw otrząsnąć z wrażenia po tem strasznem przeżyciu…
By zapomnieć o owych tragicznych chwilach, pracował intensywnie w ambasadzie, po nocach równie intensywnie zwiedzał wesołe lokale Paryża, a pieszczoty różnych Madelon, Luiz, Żanetek zacierały wspomnienia rozkosznych chwil, przeżytych z młodziutką Kitty, porwaną przez handlarza żywym towarem.
Tak upłynęły 4 tygodnie i wkońcu ambasador wrócił z podróży. Jerzy przypomniał sekretarzowi, że jeszcze nie miał zaszczytu być przedstawionym jego ekscelencji.
— Pamiętam o tem i wspomniałem już, że mamy nowego kolegę. Będzie się pan mógł przedstawić dzisiaj wieczorem przed obiadem, na który wszyscy zostaliśmy zaproszeni. Jego ekscelencja chce nas zapoznać ze swoją małżonką.
— Małżonką? Ja słyszałem, że ekscelencja jest kawalerem.
— Był nim aż do urlopu i dopiero 3 tygodnie temu w Algierze — radca ambasady zaśmiał się jowialnie — poddał się tej ciężkiej operacji, uważa pan kolega? — dokończył, mrugając filuternie okiem.
Jerzy potakiwał w roztargnieniu, odurzony zaszczytem, jaki miał go dziś spotkać…
Wreszcie nadeszła chwila obiadu. Wraz z innymi zgiął się w ukłonie, a kiedy podniósł głowę i z ciekawością spojrzał na nowego zwierzchnika, doznał wstrząsu: był to ów rzekomy handlarz żywym towarem! Trudno doprawdy orzec, który z nich miał głupszą minę przy tem spotkaniu; dopiero wejście Kitty przerwało długą chwilę uciążliwego milczenia.
— Oto moja małżonka — obwieścił ambasador, poczem zaczął kolejno przedstawiać jej swoich podwładnych. Gdy nadeszła kolej na Jerzego, Kitty uścisnęła mu dłoń wyniośle końcami palców i rzekła swobodnie:
— Jakie dziwne podobieństwo! Pan mi ogromnie przypomina towarzysza moich zabaw dziecinnych.
Zdawkowym pocałunkiem musnął wybrylantowaną dłoń niewiernej przyjaciółki i odparł śmiało:
— A pani przypomina mi ogromnie pewną piękną dziewczynkę, za którą chciał mi zapłacić 10 tysięcy franków jakiś handlarz żywym towarem…
Już w dwa tygodnie później otrzymał Jerzy nieoczekiwany awans, dzięki wpływom jego ekscelencji. Został mianowany drugim sekretarzem ambasady… ale w Berlinie! Towarzysz „zabaw dziecinnych” znikł z horyzontu pani ambasadorowej.
Antoni Marczyński
Tygodnik AS nr 21, 21 lipca 1935 (s. 9)