„Klub diamentowy”. Tam, gdzie diamenty nabierają blasku

Ulica Pélican, w której mieszczą się najważniejsze szlifiernie djamentów w Antwerpji.

Istnieją ulice, które są niejako symbolami. Jeżeli rue de la Paix reprezentuje wykwint i luksus, Wall Street jest ulicą finansjery światowej, a Fleet Street ulicą prasy, to rue Pélican w Antwerpji symbolizuje diament i jest jego pierwszą ojczyzną, zanim nie pójdzie on w dalszą wędrówkę.

Kto jednak po raz pierwszy zobaczy tę brudną uliczkę o licznych zaułkach, stawia sobie mimowoli pytanie: „Czyż możliwe, aby tutaj spoczywały niezliczone miljony, uwięzione w świecących kamykach?” Przypomina ona jakieś wschodnie ghetto, najzupełniej jednak nie jest podobna do światowego rynku przyszłych brylantów. A przecież więcej jak trzy czwarte ogólnej produkcji diamentów przechodzi przez tę uliczkę i z niej wychodzą wspaniałe kamienie, które wkrótce zajaśnieć mają na palcu hinduskiego maharadży lub wielkiej damy angielskiej.

Kilka lat temu jeszcze pierwsze miejsce w handlu djamentami zajmował Amsterdam, obecnie zaś rola ta przypadła ul. Pélican w Antwerpji, zamiast jak poprzednio amsterdamskiej Nieuwe Achtergracht.

W Antwerpji istnieją też najrozmaitsze kategorje ludzi, zajętych w handlu brylantami, a warstwą najwyższą, niejako „arystokrację brylantową”, stanowią handlarze tych świecących kamyków. Należą oni do oryginalnego klubu, do którego dostanie się nie jest rzeczą łatwą, gdyż istnieje tam nadwyraz ostry „balotaż”. Pozatem każdy członek klubu płaci rocznie 5000 belgijskich franków składki członkowskiej. Jedynie członkowie klubu mają prawo w murach jego załatwiać wszelkiego rodzaju interesy. Drugi co do wielkości klub tego rodzaju, będący również giełdą diamentów, zwie się „Vereeniging” i liczy 2500 członków, na trzeciem zaś dopiero miejscu stoi „Beurs voor Diamanthandel”.

Wprawdzie w ostatnich czasach handel diamentów nie szedł w Antwerpji zbyt dobrze, gdyż nie było poprostu nabywców. Tyle przecież solidnych fortun załamało się, a dawni właściciele ich sprzedawali klejnoty po śmiesznych cenach, tworząc przykrą konkurencję dla zawodowców. Od pewnego jednak czasu rue Pélican znów się ożywiła, otrzymując z całego świata nowe zamówienia. Panuje tam obecnie wybitna haussa. Wielu szlifierzy diamentów otrzymało ostatnio zamówienia o 50% większe niż w poprzednich latach, co bezwątpienia jest znakiem poprawienia się ogólnej konjunktury ekonomicznej.

Jednym z tuzów handlu diamentami jest Monsieur Charles z Antwerpji, prezes klubu „djamenciarzy”. Pochodzi on z jednej z najstarszych rodzin, w których od wieków utrzymuje się tradycja „djamentowa”.

Opowiadając o doli i niedoli handlarzy djamentów, Monsieur Charles nie jest jednak zbytnim optymistą, gdyż w ostatnich czasach powstała dla szlifierzy belgijskich i holenderskich poważna konkurencja. Od pewnego bowiem czasu również i w Niemczech zajęto się tą gałęzią przemysłu, a chociaż szlif nie jest tak finezyjny jak w Belgji lub Holandji, to jednak przemysł niemiecki znajduje swoich wyznawców. Niemcy zastosowali maszyny tam, gdzie Holendrzy i Belgowie uznają tylko pracę ręczną. Trzeba sobie zdać sprawę, że szlifiernie brylantów posiadają nadwyraz stare tradycje, a robota ich jest również filigranową i artystyczną, jak złotnictwo. Chociaż więc Niemcy szlifują mniej pięknie, to jednak czynią to taniej.

Człowiek, nie mający styczności z tym wysoce ekskluzywnym światkiem, jaki tworzą szlifierze diamentów, wyobraża ich sobie jako wytwornych i bardzo bogatych dżentelmenów, jeżdżących w wykwintnych limuzynach, ubierających się u najlepszych krawców londyńskich i palących hawańskie cygara. Prawda tymczasem wygląda zupełnie inaczej, gdyż „rasowy” handlarz diamentów jest zwykle starszym, nieco zgarbionym panem, którego wzięłoby się za handlarza starzyzny. Posterunkiem jego jest róg ulicy lub też jedna z kawiarń tamtejszych, gdzie spotyka się on z innymi handlarzami diamentów i ofiaruje im swój towar.

Tam, wśród olbrzymiego bogactwa, znaleźć łatwo można pozorną nędzę. W rue Pélican aż roi się od nędznie wyglądających postaci, które nieraz wystają po bramach domów lub kręcą się po brudnych kawiarniach. Pertraktacje przy sprzedaży odbywają się milcząco: sprzedający pokazuje swój towar, zawinięty w papierek, a kupno zawiera się, wypowiadając jedno jedyne słowo, poczem towar wędruje z ręki do ręki. „Branża” diamenciarzy nie zna pokwitowań piśmiennych i wogóle korespondencji handlowej: obowiązuje tu tylko słowo i dotychczas nie wydarzył się ani jeden wypadek oszustwa.

Również dziwnem jest, że w dzielnicy diamenciarzy nie zdarzył się dotychczas żaden wypadek rabunku, a przecież pierwsza lepsza banda gangsterów mogłaby z łatwością okraść wszystkie szlifiernie. W dzielnicy tej panuje zupełny spokój i nie widać tam nawet policjantów.

Jedynie kasa giełdy diamentowej pilnie jest strzeżona. Szyfr, potrzebny do otwarcia jej stalowych ścian, zna tylko dwóch ludzi: prezes giełdy i jego sekretarz. Gdyby przypadkiem obaj jednego i tego samego dnia zginęli, otwarcie niebywale opancerzonej i zabezpieczonej od włamania kasy stanowiłoby nielada trudność.

W tej oto skromnej uliczce, przypominającej pierwszą lepszą ulicę starego Paryża czy Londynu, przelewają się bogactwa, o których niema się pojęcia. W brudnych kawiarniach i bramach domów dochodzi do transakcji, które wyniosły w ostatnim roku 11,000.000 funtów szterlingów.

Bogactwo niezawsze przystraja się w barwne szaty i wspaniałe brylanty, choćby chodziło o… handlarzy diamentów.

Lucien Reboux

Tygodnik AS nr 19, 7 lipca 1935 (s. 11)

Udostępnij ten artykuł
Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *