Wdzięczność Chwan Czu

„Schowaj się za tym parawanem...”

Nowela. De Bra

Prawdziwa przyjaźń między Europejczykiem a Chińczykiem jest rzeczą nadwyraz rzadką. Nie chodzi tutaj już o przekonanie o wyższości białej rasy, lecz różnorodność psychologji tworzy granice, których nieraz niesposób przejść. Uczucie przyjaźni, jakie istniało między moim kolegą Czen Wanem a mną, stanowiło wyjątek, który, jak się to mówi, potwierdza tylko regułę. Nie ociągałem się też ani chwili, gdy otrzymałem depeszę od niego, wzywającą mnie do chińskiej dzielnicy San Francisco, chociaż od dłuższego czasu straciłem mego przyjaciela z oczu.

I oto siedziałem naprzeciwko Czen Wana, trzymając w zębach fajkę, która dawno przestała się palić, i słuchając z zapartym oddechem jego opowiadania.

— Oto, przyjacielu, jest sztylet, którym z polecenia „Braci Sprawiedliwych” mam odebrać życie Chwan Czu. Jemu, którego wcale nie znam i który nic złego mi nie zrobił.

Czen wyciągnął z szuflady bogato ozdobiony staro-chiński sztylet i położył go na stoliku, stojącym między nami. Nie czekał on, jak się zdaje, na wyrażenie mego zdania, to też popadłem w zamyślenie. Dzięki pewnej książce, którą, znając język chiński nieco, wertowałem podczas mego pobytu w Chinach, posiadałem pewne wiadomości o tym dziwnym związku. Gdy przed 2500 laty Konfucjusz rozpowszechniał swą wiarę w Chinach, związek ten powstał, chcąc służyć etyczno-religijnym celom. Należeli do niego fanatycy nowej wiary. Od tego jednak czasu organizacja ta przechodziła szereg zmian, nigdy jednak nie odstąpiła od zasadniczego przykazania całkowitej subordynacji swych członków.

Usłyszałem jeszcze od Czena, że przynależność do tego bractwa przechodzi z ojca na najstarszego syna i że on, jako potomek starej rodziny kapłańskiej, stał się automatycznie członkiem jego.

— No dobrze, Czen, rozumiem, że podobne rzeczy obowiązują w Chinach i że trudno tam uwolnić się z pod wpływu organizacji, ale gdy przybyłeś do Ameryki, powinieneś był zerwać te węzły.

Mój przyjaciel uśmiechnął się smutno, tak jak jedynie Chińczycy umieją się uśmiechać.

— Nie było to takie łatwe, jak ci się zdaje. Gdy przybyłem do waszego kraju, znałem zaledwie kilka słów języka angielskiego i byłem zupełnie bez środków do życia. Wszystko było dla mnie obcem i odpychającem. Ucieszyłem się też niezmiernie, gdy zdołałem odkryć członków „Sprawiedliwych Braci”, którzy mi pomogli, wobec czego wziąłem na siebie bez zastrzeżeń wszelkie obowiązki, nałożone na mnie przez przynależenie do organizacji. Poza tem przecież jestem tylko studentem w Ameryce i będę musiał powrócić do mojej ojczyzny.

Ton, w jakim wypowiedział te ostatnie słowa, odkrył mi więcej jego duszy, niż one same.

— Ależ, Czen, przecież nie popełnisz tego szaleństwa! Obojętne, jak na to zapatrują się twoi rodacy, ale przecież tutaj, w Stanach Zjednoczonych, byłoby to jedynie prostym mordem, gdybyś to ostrze wbił w serce Chwan Czu! Nie bój się tej zwarjowanej organizacji, gdyż w każdej chwili możesz zawezwać choćby tuzin policjantów, którzy tych mściwych fanatyków odeślą do wszystkich djabłów.

Czen kiwał przecząco głową.

— Nie mogę, Croswell, właśnie tego nie mogę uczynić!

— A kimże właściwie jest ten Chwan Czu? — zapytałem się po chwili. — Czemże zasłużył na śmierć?

— Chwan Czu złamał przysięgę, choć nie wiem, w jakich okolicznościach. Postanowiono jego śmierć i urządzono wylosowanie nazwiska osoby, która ma wykonać wyrok. Mnie właśnie — zakończył swe zdanie z lekkim uśmiechem — spotkał zaszczyt stania się mścicielem organizacji.

Kilka minut przesiedzieliśmy w milczeniu.

— Ale dlaczego nie wyjedziesz stąd, Czen? — zapytałem, dając się coraz bardziej porwać ponuremu nastrojowi, towarzyszącemu tej rozmowie.

— Nie miałoby to najmniejszego sensu. Prędzej czy później i tak by mnie odkryto.

— A kiedyż masz…

— Dano mi tydzień czasu, aby wykonać polecenie, albo też wziąć na siebie odpowiedzialność za nieposłuszeństwo. Termin ten — Czen spojrzał na zegarek — kończy się dokładnie za 20 minut.

— Za 20 minut! Na Boga, Czen — krzyknąłem, porywając się z krzesła — dlaczego wcześniej nie zawezwałeś mnie?

— I tak nie mógłbyś mi w niczem pomóc. Nikt i nic, rozumiesz, nikt nie może mnie uratować. Skoro jednak powziąłem decyzję, chciałem tobie wszystko wytłumaczyć, abyś mnie później zrozumiał…

— Ależ, Czen, przecież nie chcesz…

— Owszem, chcę…

Mój przyjaciel mówił tak spokojnie, jakby chodziło o zwykłą rzecz. Wrodzone Chińczykom panowanie nad swemi uczuciami i zwykły im uśmiechnięty wyraz twarzy nigdy tak jaskrawo mnie nie zafrapowały, jak właśnie tego dnia.

— Postanowiłem zrobić jedyną rzecz, jaka mi pozostaje. Nie mogę zabić Chwan Czu, lecz nie mogę również ujść gniewowi „Sprawiedliwych”. Więc…

Nie dokończył zdania, lecz ręka jego spoczywała na staro-chińskim sztylecie, bawiąc się nim.

Zanim zdałem sobie sprawę z sytuacji, zapukano do drzwi. Do pokoju wszedł służący Czena i skłonił się przed nim.

— Panie, wybacz, ale przyszedł gość do ciebie.

Na niechętny ruch ręką Czena zaczął się tłumaczyć:

— Nie mogłem się go pozbyć, a w końcu obiecałem mu, że panu oddam to oto pismo.

Położył na stoliku jakiś złożony w kilkoro papier. Czen zbladł, jakby domyślał się treści pisma, nieco drżącemi rękoma rozwinął papier i położył go powoli na stole. Twarz jego wyrażała rezygnację.

— Dobrze, niech wejdzie — rzekł spokojnie, a zwracając się do mnie, dodał: — To ktoś z organizacji. Schowaj się za tym parawanem.

— Ale czyż nie byłoby lepiej…

— Prędko! — popędzał mnie. — Wyświadczysz mi wielką przysługę.

W przedpokoju usłyszałem szuranie pantofli filcowych. Schowałem się za parawan. Stojąc tam, miałem wrażenie, że jestem świadkiem rzeczy nieprawdopodobnych i że wszystko jest tylko jakąś komedją, dobrze odegraną.

— Witam cię — usłyszałem jakiś głos, mówiący po chińsku. — Czy jesteśmy sami?

— Co cię do mnie sprowadza? Czego chcesz? — pytał Czen, opuszczając tym razem wszystkie grzecznościowe formułki swojej ojczyzny.

— Cierpliwości, Czen. Wkrótce się o wszystkiem dowiesz. Jestem, jak i ty, jednym z członków organizacji „Sprawiedliwych Braci”.

— Powiedz wkońcu, co chcesz. Masz mi napewno przypomnieć, że mój termin się kończy? Naco mi przypominać rzeczy, o których i tak nie mogę zapomnieć.

Obcy zbliżył się do Czena. Słowa, które usłyszałem, wymawiał urywanie, podkreślając każdą sylabę.

— Mylisz się, synu Czena! Daj mi sztylet naszego bractwa, a ja zabiję Chwan Czu, zamiast żebyś ty miał to uczynić!

W pokoju zapanowało milczenie, pełne tragizmu.

— Jakto — głos Czena był pełen przerażenia i wzruszenia — chcesz zabić Chwan Czu? Dlaczego?

Przez szpary parawanu mogłem dokładnie przyjrzeć się tej niesamowitej scenie. Obcy przybysz siedział na mojem miejscu, a na stoliku między nimi lśniła rękojeść długiego sztyletu.

— Chwan Czu złamał przykazania bractwa. Ale wiesz też, synu Czena, że istnieje przykazanie, którego nigdy nie przekraczamy: „Nie zapominaj nigdy o przyjacielu, nie przebaczaj nigdy wrogowi”.

— Znam je — rzekł Czen. — Przypuszczam więc, że Chwan Czu jest twoim wrogiem.

— Nie, Chwan Czu nie jest moim wrogiem, ale twój ojciec był moim przyjacielem.

— Zaczynam rozumieć. Mój ojciec wyświadczył ci kiedyś usługę, którą ty chcesz mi oddać, zabijając na mojem miejscu Chwan Czu. Ale czy ci on kiedy wyrządził jakąś krzywdę?

— Nie, ale cóż to szkodzi? „Bractwo Sprawiedliwych” skazało go na śmierć i prędzej czy później ktoś zabije go w jego imieniu. Jesteś młody i masz przed sobą szczęśliwą przyszłość, któraby przepadła, gdybyś dokonał tego czynu. Ja zaś jestem starcem i zrobię to za ciebie. W ten sposób spłacę mój dług, a „Sprawiedliwi” będą myśleć, że to twoja ręka kierowała sztyletem.

— Przyjacielu — odparł po chwili namysłu Czen, patrząc się swemu gościowi prosto w oczy — twoje oświadczenie bardzo mnie wzrusza. Mimo to jest ono nie do przyjęcia. — Spojrzał na zegarek. — Za 5 minut sam będę wiedział, jak tę sprawę załatwić.

— Niema rzeczy, którejby nie można przyjąć. Potrzebuję tylko sztyletu, który otrzymałeś, aby Chwan Czu padł pod ostrzem „Sprawiedliwych”.

Kończąc te słowa, spostrzegł starzec sztylet, leżący na stoliku, i gwałtownym ruchem go schował.

— Ojciec twój uratował mnie i moją rodzinę od śmierci głodowej. Lecz nie udało mi się nigdy mu się wywdzięczyć. Teraz dopiero przyszła odpowiednia chwila.

Bezszelestnie służący wszedł do pokoju.

— Panie, ktoś czeka na ciebie i twierdzi, że się z tobą umówił na tę godzinę.

Czen rzucił okiem na wskazówki zegarka.

— Powiedz gościowi, że za chwilę będę gotów go przyjąć.

Służący wyszedł.

— Tak więc uratował cię mój ojciec? Coś sobie przypominam. Ale dziwne, nie mogę sobie przypomnieć twego nazwiska!

Widziałem, jak obaj gwałtownie wstali z krzeseł, słyszałem hałas przewracającego się stolika, lecz w zamieszaniu dosłyszałem tłumiony szept Czena:

— To ty jesteś Chwan Czu!

— Tak — krzyknął tajemniczy gość — uczynek za uczynek.

— Nie, nie, zakazuję ci!

Krzyk przerażenia, który wydał Czen, kazał mi opuścić moją kryjówkę.

* * *

Gdy w kilka tygodni później popijałem z Czenem herbatę, wspominaliśmy te straszne chwile.

— Zdaje mi się naprawdę — rzekł Czen — że było to najlepszem rozwiązaniem. Chwan Czu byłby i tak stracony. — A po chwili dodał, uśmiechając się lekko: — A przytem nie brak tej całej tragedji momentu weselszego. Wszyscy członkowie „Bractwa Sprawiedliwych” mogą rozumieć, że zwabiłem do siebie Chwan Czu i że go zasztyletowałem. Nie mogą natomiast pojąć, jak mogłem ciebie, jako białego człowieka, namówić, abyś zeznał przed sądem, że Chwan Czu sam odebrał sobie życie!

Tłum. J. G. M.

Tygodnik AS nr 13, 26 maja 1935 (s. 9–10)

Udostępnij ten artykuł
Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *