„Straszny bór”

Rzeka Lwa u progu „Strasznego Boru”. (Fot. Danyel)

Ziemia, której niema na mapach…

Łódź motorowa, przedarłszy się przez gąszcz oczeretów, wyminąwszy jeszcze jeden kanał wody czarnej i cichej, zaryła się dziobem w grunt mglisty, z którego sterczały pnie olch, dawno umarłych, o koszmarnych kształtach konarów i korzeni…

Pięć godzin na „pełnym gazie” motorku, przez kolumnady puszczy, pięć godzin przemykania ścieżynami, któremi tylko zwierz półbłotny brodzi, pięć godzin bez słońca, które, zasłonięte gdzieś tam hen ponad nami koronami drzew, snuje się w błękicie nieba…

Płynęliśmy w półmroku, pogrążeni w parze jakimś dziwnym, w półcieniach zieleni, w atmosferze wilgotnej, nasyconej zapachem iłu, traw i ciszy… ciszy nieprawdopodobnej. Zdawało się, że wszystko jest snem. Ranna toaleta w zamku, łazienka wykładana kaflami holenderskiemi, stare bronzy jadalni i wyfraczona służba, sunąca bezszelestnie po dywanach wielkopańskiej rezydencji. A teraz pra-bór, pra-puszcza, gdzieś z dorzeczy Missisipi czy Missouri… Co jest snem, a co rzeczywistością? Od balsamicznych oddechów tej wodnej puszczy w głowie powstaje dur…

Gdzieś tam we wspomnieniach błąkają się szare sylwety wsi Otwierżyce, a potem łódź wpadła w spokojne koryto Lwy… i świat cały zaginął.

Gdzieś za nami zostały w dali miasta, dwory i pałace. Teraz jest tylko puszcza dzika, stopą ludzką nietknięta. Jest tylko Straszny Bór.

Zdawało się fantazją i nieprawdopodobieństwem. A jest rzeczywistością. Polesie, prowincja Polski, kraju środkowo-europejskiego, posiada rezerwat, którego nie zna nawet tu zrodzony chłop — Poleszuk.

Sunęliśmy, bacznie obserwując drogowskazy: luźnie na gałęziach pozawieszane wiechcie słomy. W nocy ich nie widać, w blasku reflektora łatwo jeden z nich ominąć, a zabłąkawszy się na tych wodach, nietrudno zaginąć. Bywały już takie wypadki, że chłop za rybą pojechał, „zabłądził sia”… i zaginął… W dwa, trzy miesiące potem odnaleziono czółno z trupem, które woda naniosła.

Płynęliśmy w półmroku, mimo słońca, przez zielone tunele drzew. Czasem coś w wilgoci i cieple bulgotało, małe banieczki wytryskiwały na powierzchnię puszczańskiego świata, walczyły i ginęły. Z chorałem puszczy łączyły się solowe głosy ptaków, niewidocznych dla oka, płochliwych, a świergotliwych. Przed łodzią, znacząc na wodzie ślad srebrną taśmą, wzleciało stado cyranek i poniosło się na rojst zielony, zagubiony we mgle.

Zielona, żywa, swarliwa puszcza zwolna zostawała za nami. Łódź wparła się w mulisty brzeg Strasznego Boru. Zaginiony świat. Tu nic nie żyje, nic nie rośnie; tu zaginęło wszystko.

— No, jedziem dalej, Wasyl!

— Nie pojedziem, panok.

— Dlaczego?

— Tam nikt nie bywa — tam „obojętno” (straszy).

Byliśmy u wrót Strasznego Boru.

Na kilka kroków przed oczami przybysza wystrzelają w górę pnie olch, od wilgoci szczerniałe, szare i bezlistne, brodatemi mchami porosłe, pokrzywione i chore, sterczące na podszyciu bagna o suchym oczerecie… Poza niemi, zatuszowane przez mgłę, odłamy karczów i pni. A dalej już tylko mgła.

Tygodnik AS nr 9, 28 kwietnia 1935 (s. 18–19)

Udostępnij ten artykuł