Nowela. — Jola Fuchsówna.
— Pomarańcze, czekoladki, piiiwo — wołał piskliwie chłopak w białym kitlu.
— Gazety, ilustracje, papierosy — starał się go przekrzyczeć jednonogi inwalida z wielką torbą dzienników, przewieszoną przez ramię.
Peron był prawie pusty, pomimo, iż pociąg stał już pod parą. W jednym kącie grupa bagażowych rozprawiała, jak to, psiakrew, trudno teraz złotego zarobić! Pociąg pusty, a jak się znajdzie jakiś pasażer, to sam taszczy sobie bagaż do trzeciej klasy. A przez całą zimę jeździli sami tylko narciarze. Deski na plecach i jedna koszula na zmianę! A teraz jest martwy sezon. Takie czasy niewydarzone.
Spacerując po peronie, pani Zula słuchała z roztargnieniem ostatnich poleceń mężowskich. Mówił zresztą bez sensu i tak, jakby była jeszcze dzieckiem. Czy dobrze schowała bilet? Czy ma napewno miejsce przy oknie? I żeby uważała na przeciągi! I żeby się nie dała nabrać dorożkarzom, jak przyjedzie!
— Wziąłem ci pierwszą klasę — mówił z zadowoleniem, sapiąc przytem astmatycznie. — Jak kobieta sama podróżuje, powinna mieć wygodę. A będziesz w drodze pięć, czy sześć godzin.
Pani Zula wydęła lekceważąco wargi. Jedzie pierwszą klasą, ale zato w martwym sezonie! Marzec. W Krynicy nie będzie już żywego ducha. Niewiadomo poco zabrała wieczorowe suknie. A mąż, jak na złość, powtarzał, że będzie tam miała idealny spokój, że to jej świetnie zrobi na nerwy i jakieś tym podobne banalne pocieszenia.
Automat z lustrem odbił jej smukłą sylwetkę, nienagannie ubraną, od burego kostjumu podróżnego począwszy, a skończywszy na bucikach z krokodylej skóry. Pomyślała z westchnieniem, że tak ubrana kobieta powinna jechać na Riwjerę! Zwidziały jej się przez chwilę czuby palm, zawieszonych nad modrością morza, i biel palace-hoteli, i hojnie rozrzucone złoto mimozy. Popatrzyła złym okiem na męża, który kupił jej bilet pierwszej klasy do Krynicy.
— Proszę wsiadać! — zawołał konduktor.
Mąż — nerwowy, jak zwykle — wepchnął ją prawie na stopnie wagonu. Weszła do swego przedziału i stanęła w oknie. Mąż krzyczał coś do niej, czego nie mogła dosłyszeć przez szybę, ale domyślała się, że z pewnością jest znowu mowa o bilecie. No i żeby uważała na siebie! Uśmiechała się, kiwała głową potakująco i pragnęła, aby pociąg ruszył już nareszcie. Ten pusty dworzec działał na nią deprymująco.
Wagon drgnął, zachybotał się i niepewnie, jak pijany, zaczął się poruszać. Mąż zamachał kapeluszem na pożegnanie. Wiatr rozganiał mu kępkę włosów, maskujących łysinę. Chłopiec, sprzedający pomarańcze, dłubał w nosie i gapił się w jej okno. Potem obaj zmaleli, stali się ledwo widoczni, wreszcie straciła ich z oczu. Pociąg minął dworzec i rozpędzał się coraz bardziej.
Z westchnieniem ulgi usiadła, sprawdziwszy wprzód, że oba futra wiszą na haku obok ławki, a walizki leżą w siatce nad jej głową. Pierwsza klasa jest naprawdę wygodna. Wiśniowy aksamit na obiciach przypomina stary, mieszczański salon. W lustrze odbija się jej bury, filcowy kapelusik, nasunięty ukośnie na jasne włosy. Dwie powiększone fotografje w drewnianych ramkach obrazują piękność świata, do której się zdąża na szynach kolejowych. Przyjrzała się im uważnie: jakieś średniowieczne miasteczko — Rothenburg ob der Tauber — a druga: naturalnie Promenade des Anglais w Nizzy.
Mimozy! Mężczyźni w białych flanelach i kobiety w dużych kapeluszach piją oranżadę przez słomki. Słońce, słońce, słońce! Tymczasem za oknem jest smętny, marcowy krajobraz, czarna ziemia tylko tu i ówdzie przysypana śniegiem, drzewa nagie i skulone, i niekończąca się melancholja drutów telegraficznych.
Zasunęła firankę, by tego nie widzieć. Zmierzchało się już i nie można było czytać. Jak tylko nadejdzie konduktor, każe mu zapalić lampy. Ten pociąg się tak jakoś wlecze. Niktby nie pomyślał, że to pospieszny. A zagranicą pociągi śmigają poprostu, jak strzały!
— Tak, tak, tak — potwierdzał machinalnie stukot kół. Przejechali jakąś rzekę. We drzwiach przedziału błysnęło światełko lampki elektrycznej. Ukazała się barczysta postać konduktora. Był młody, miał wesoły wyraz twarzy.
Podała mu swój bilet i poprosiła, aby zapalił gaz. Zrobił to bardzo precyzyjnie. W przedziale rozlało się sine światło.
— O dziesiątej będzie pani na miejscu — rzekł konduktor. — Kawał czasu! Nie boi się pani tak sama jechać? W całym wagonie niema żywej duszy.
— Doprawdy? — zapytała raczej obojętnie.
— No, jakże, kiedy mówię! Teraz martwy sezon, nikt prawie do Krynicy nie jedzie. A jak — to już trzecią klasą. W tym wagonie tylko pierwsza i druga. Samiuteńka pani, jak ten palec. Niechno pani uważa na rzeczy!
— Bandyci nie grasują chyba na tej linji — rzekła z uśmiechem, chociaż poczuła się jakoś nieswojo.
— Grasują, nie grasują, a zawsze może któryś wskoczyć na przystanku, chwycić walizki i szukaj wiatru w polu!
— Jest przecież hamulec bezpieczeństwa — powiedziała trochę już wyprowadzona z równowagi.
Konduktor roześmiał się, jak z najlepszego kawału.
— Gdzie pani, gdzie hamulec? — oświadczył jowialnie. — Jakem jeździł na linji w stronę Baranowicz, to jedna pani zatrzymała pociąg, ale złodzieje byli już daleko z futrem i z pieniądzmi.
Pani Zula spojrzała spod oka na konduktora. Nie była lękliwą, ale te historje o bandytach nie poszły jej w smak. Poco on jej to opowiada? A może jest sam w zmowie z jakimiś złodziejami?
— Nie boję się napadu — powiedziała chłodno. — Nie podróżuję nigdy bez rewolweru! — Było to oczywiście zmyślone. Pani Zula nie miała nigdy rewolweru w ręce.
— Gdzie oni, gdzie rewolwer? — zawołał już na dobre rozbawiony konduktor. — Nie czytała pani w gazecie o tym księdzu, co go uśpili w drodze do Częstochowy?
— Ale mnie nie uśpią!
— Tak to się mówi. Wejdzie taki elegancki pan do przedziału, ubranie na nim śliczne, nowiusieńkie buciki, wyciągnie taką szczerozłotą papierośnicę i zapyta, czy pani pozwoli zapalić. A jak zapali papierosa, to się pani zrobi strasznie śpiąca, a jak się pani obudzi, nie będzie ani eleganckiego pana, ani bagażu.
— Gdzie pan wyczytał tę historję? — zapytała surowo, bo już ją zaczynał brać gniew na gadatliwego konduktora.
— To było zagranicą — przyznał skruszony. — Gdzieś we Francji. Aha, już wiem: w Monte Carlo. No, ale na tej linji jest spokój. Za godzinkę zaglądnę tu do pani, czy wszystko w porządku. Dobrze?
Odszedł nareszcie. Pani Zula próbowała się śmiać. Ale świadomość, że jest sama w całym wagonie, nie była zbyt przyjemną. Szkoda, że wcześniej o tem nie wiedziała. Naturalnie to pomysł jej męża kupowania biletu pierwszej klasy. Wszystkie jego pomysły są poronione! Napisze mu z Krynicy, jak ją urządził.
— Tak, tak, tak — potwierdzał stukot kół pociągu. Teraz tempo było szybsze. Mijali jakieś przystanki, nie zatrzymując się wcale. W okno coś uderzało: śnieg, czy deszcz? Raczej deszcz. Ach ten marzec! Była zbyt leniwą, aby sięgnąć po ilustrowane tygodniki leżące na półce. Wlepiła oczy w fotografję wyobrażającą promenadę w Nizzy.
Mimozy. Marzyła o nich z przymkniętemi oczyma. Biały kostjum z żakietem trois-quart i duży kapelusz panama. A może florentyński? Nie, lepiej panama. Co to się wydarzyło w Monte Carlo? Uśpiono jakiegoś księdza? Ach nie, to było pod Częstochową. Osioł z tego konduktora! Swoją drogą, chciałaby już być na miejscu. Męczący jest ten miarowy stukot kół i to przesycone ciepłem powietrze. Poco tak opalają pociąg, kiedy niema mrozu? Ziewnęła parę razy. Była senna. Właściwie mogłaby doskonale wyciągnąć nogi na tej aksamitnej kanapce. Ale nie uśnie. O, nie! Musi być czujną, jeśli już jest sama w całym wagonie.
Znowu się jej zwidziały mimozy. Tym razem miała zupełne wrażenie, że spaceruje po promenadzie Anglików. W białym kostjumie i dużym kapeluszu panama. Słońce jest tak intensywne, że musi mrużyć oczy. Powietrze pachnie wszystkiemi zapachami południa. A morze rozbija się o brzeg z łoskotem, przypominającym zupełnie dudnienie kół pociągu.
Naraz jakiś wstrząs. Wyprostowała się odruchowo. Pociąg minął jakąś większą stację. Musiała spać. Machinalnie spojrzała na zegarek w branzoletce. Tak jest: spała więcej, niż pół godziny. Potem podniosła głowę i z wielkim trudem powstrzymała się od głośnego krzyku.
Na ławce naprzeciw siedział jakiś mężczyzna.
Nie widziała jego twarzy, gdyż była zakryta wielką płachtą gazety. Szybkiemi spojrzeniami otaksowała tylko postać w doskonałem, angielskiem ubraniu podróżnem, stopy w wytwornych bucikach, wypielęgnowane ręce, trzymające gazetę…
— No więc cóż — pomyślała sobie, chcąc się uspokoić — wsiadł na ostatnim przystanku. Cóż w tem nadzwyczajnego? Kolej jest dla wszystkich!
Ale zaraz później zauważyła, że jedynym bagażem nieznajomego jest malutki, skórzany neseser i znowu zrobiło jej się zimno z przerażenia.
Starała się prawie nie oddychać, aby nie zwrócić jego uwagi. „Niech już lepiej myśli, że śpię!” Ale równocześnie nie zdziwiłaby się, gdyby usłyszał bicie jej serca, które wydało się jej głośniejsze od stukotu kół.
Ach, gdybyż mogła wyjść z tego przedziału! Tak, ale kurytarz jest pusty, a inne przedziały też. A potem, jakże mogłaby tak zostawić rzeczy? Oba futra… walizki… Właściwie mógł to był zabrać w czasie, gdy ona spała. Oczywiście, o ile był złodziejem… A może nie chciał się zadowolić walizkami? Machinalnie dotknęła ręką pereł, tak chłodnych na rozpalonej skórze szyi. Poprzez zamsz rękawiczki wyczuwała ucisk pierścionków na palcach…
Ach, ten konduktor, ten konduktor! Tam siedzi jakiś Bogu ducha winny pasażer, a ona wymyśla tymczasem cały romans kryminalny. Tak, to prawda, ma całkiem roztrzęsione nerwy. Kuracja jej dobrze zrobi. A teraz przestanie zwracać na niego uwagę.
Tak, ale jeśli to zwyczajny pasażer, dlaczego tak zasłania twarz gazetą? Dlaczego jej nie uchyli? Widocznie nie chce być widzianym. A może za chwilę wyjmie z kieszeni złotą papierośnicę i powie niedbale: „Pani pozwoli, że zapalę?”
Potworny strach przygwoździł ją do ławki. W nadmiernie ogrzanym przedziale trzęsła się poprostu z zimna. O, niechby już wreszcie przemówił! Wszystko jest lepsze, niż to milczenie, przysłonięte płachtą gazety. Niechby już wiedziała, co ją czeka! Te ręce długie i wypielęgnowane, to przecież typowe ręce zbrodniarza. Jak to było z tym księdzem pod Częstochową? Nie, raczej ta historja z Monte Carlo… Czy to możliwe, aby on nie słyszał, jak jej zęby szczękają z przerażenia?
Udręczone oczy zatrzymały się wreszcie na jakimś przedmiocie, tuż nad drzwiami. Hamulec bezpieczeństwa… Czy tylko będzie mogła dojść do niego? Hamulec jest nad drzwiami, a ona siedzi przy oknie… A ten człowiek jej naprzeciwko. Nie, stanowczo niema chwili do stracenia.
Spojrzała znów na niego. W dalszym ciągu udaje, że czyta gazetę. Obserwuje ją przypuszczalnie z ukrycia. Wszystko jedno zresztą, co się później stanie. Nie może dłużej tak siedzieć! Nerwy jej nie wytrzymają. Sprężyła się cała w sobie, skoczyła do drzwi i z całej siły targnęła za hamulec.
Chwila wyczekiwania. Potem cały wagon szarpnął się w jakimś dzikim ruchu, zatańczył w miejscu, wreszcie stanął. Z ustami otwartemi do krzyku czekała, co będzie dalej. Gazeta wypadła z rąk nieznajomemu. Pani Zula ujrzała jego twarz. Spał. Ten człowiek spał w najlepsze i nie obudził się nawet, gdy pociąg stanął.
W drzwiach ukazało się przerażone oblicze konduktora.
Tygodnik AS nr 2, 10 marca 1935 (s. 9–10)