Poeta buntu w teatrze

Cywilny uśmiech jubilata — Stefana Jaracza.

Tyle razy nadużyto przy mało ważnych wydarzeniach teatralnych określeń: świetny, doskonały, niezrównany, znakomita kreacja („mówię, bom smutny i sam pełen winy”), że później, gdy spotykamy się ze zjawiskiem teatralnem naprawdę niezwykłem, brak słów na rzetelne nazwanie tego zjawiska jako wielkiego i niezrównanego.

Brak właśnie słów, gdy mowa o twórczości scenicznej Stefana Jaracza. Chyba jedynie powiedzieć możemy, że teatr polski ma wielu znakomitych i najznakomitszych artystów, ale Jaracz jest jeden. Czy tylko jeden? Takich artystów jak Jaracz niema, ale jest więcej w teatrze polskim — Jaraczów.

Poznałem Jaracza „osobiście” kilkadziesiąt lat temu na jego wieczorze recytacyjnym, gdy wygłaszał „Szkołę” Kadena-Bandrowskiego. Jaracz wydobywa z tekstu wartości niedostrzegalne dla czytelnika. Każdemu słowu, każdej pauzie, przecinkowi umie nadać ton, barwę, znaczenie, które oszałamiają i urzekają słuchacza. Jaracz, recytator prozy, nie ma sobie równego.

Potem spotkałem Jaracza za kulisami teatru. Kilka zdawkowych zdań, uśmiechów, interwencja inspicjenta i Jaracz wszedł na scenę. I już straciłem z oczu znanego mi Stefana Jaracza. Na scenie był kto inny. Tego Jaracza nie znałem. Z biegiem lat poznałem wielu Jaraczów, wszyscy byli nieporównani, byli wielcy, niejednokrotnie wprost genjalni.

Powiedział pięknie i prawdziwie o jubilacie Kazimierz Wierzyński, że Jaracz jest poetą aktorstwa, że gra natchnieniem i wiarą. Wielkość poety trudno niejednokrotnie ocenić błahemi słowami krytyki. Lechoń dał raz słowo honoru, że Pawlikowska jest prawdziwą poetką. I my wszyscy możemy tylko dać słowo honoru, że Jaracz jest naprawdę wielkim aktorem-poetą.

Prawdziwa poezja — to bunt, to duch wieczny rewolucjonista. Takim jest Jaracz. Jest poetą buntu w teatrze, bo wierzy, bo wie, że tylko płomienny bunt, a nie nudny szablon, może tworzyć w teatrze rzeczy wielkie.

Czyście słyszeli kiedy, by wielki poeta umiał sobie poradzić z szefami w biurach, z kupcami, komornikami? Jaracz także jest ciągle w niezgodzie i w wojnie z biurokratyzmem i skostniałością form polskiego teatru. Chce stworzyć teatr nowy i dał już niejednokrotnie dowód, że potrafi zwyciężać. Publiczność idzie za nim. A czyście gdzie widzieli, żeby stawiano pomniki nie poecie, a kupcom i komornikom?

Jaracz po raz pierwszy zadebjutował w „Krakowiakach i Góralach” w Krakowie w r. 1904. Potem grał w „Betlejem polskiem” Rydla, a następnie znalazł się w Teatrze Polskim w Poznaniu u Rygiera, a stamtąd powędrował do Łodzi do Zelwerowicza, by wreszcie osiąść w Warszawie w teatrach t. zw. oficjalnych. Stwarza wspaniałe kreacje Grzegorza Dandin, pana Brotonneau, Judasza (Tetmajera), Szeli („Turoń” Żeromskiego). Potem w swoim teatrze gra Frania w sztuce Perzyńskiego, Szwejka, główną rolę w „Artystach”, wreszcie Rejenta w „Zemście”, dalej główne role w „Ulicy”, „Gołębiem sercu”, „Kapitanie z Koepenick”, „Firmie” Hemara, „Rodzinie” Słonimskiego, „Płaszczu” Tuwima, w „Krzyku”, „Chorym z urojenia” Moliera.

Stan. Witold Balicki

Tygodnik AS nr 19, 7 lipca 1935 (s. 15)

Udostępnij ten artykuł
Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *