Citius! Altius! Fortius! — szybciej, wyżej, śmielej!
Ludzkość jako zbiorowość żyje wedle swoistych praw, uzewnętrzniających się w masowych ruchach, podświadomych dążeniach grup i zbiorowisk społecznych, jak również w nastrojach masowych, które sprzyjają przyjmowaniu się nowych prawd, haseł oraz idei. Socjologowie, badacze zjawisk zbiorowego życia ludzkości, stają nieraz przed tajemniczemi zagadkami, nie mogąc zdać sobie sprawy z tego, dlaczego takie, a nie inne formy przyjmuje w swych ruchach i dążeniach społeczność ludzka, dlaczego dążenie masy ludzkiej nagle i zupełnie niespodziewanie zwraca się w pewnym określonym kierunku.
Jeśliby przyłożyć do zjawisk społecznych linję ewolucji, to okazałoby się, że brak w tych zjawiskach logicznego powiązania, że występują one nagle, skokami, jak „chłopki”, tańczące na powierzchni wody w czasie ulewy. Po przeprowadzeniu analizy tych poszczególnych odruchów dostrzeglibyśmy ze zdziwieniem, że mają one wszystkie swój głęboki sens, że łączą się w wielką, harmonijną, logicznie skonstruowaną całość.
Jeżeli analizować będziemy wysiłki umysłu ludzkiego na przestrzeni wielu wieków, jeżeli przypatrzymy się bliżej dziełom przez umysł ludzki stworzonym, to dojdziemy do ciekawych prawd. Pierwszą z nich będzie, że człowiek, wiedziony podświadomym instynktem, świadomie stara się rozszerzyć zakres możliwości swojego działania, stwarzając coraz to nowe narzędzia pracy, ulepszające i rozszerzające ludzki organizm. Ulepszyliśmy wzrok nasz teleskopami i mikroskopami: patrzymy na mikro- i makrokosmos, wnikamy w najtajniejsze szczegóły konstrukcji olbrzymiego świata, wydzieramy niebu i ziemi ich tajemnice. Rozszerzyliśmy i udoskonaliliśmy nasze zmysły i narządy. Dziś słuchamy koncertów dawanych po przeciwnej stronie ziemi, poruszamy się z chyżością orkanów i burz; do ramion przypięliśmy skrzydła i wznosimy się coraz wyżej ku słońcu. Ustokrotniliśmy nasz głos, który dziś, niesiony na falach eteru, sięga poza orbitę ziemi, aż na dalekie gwiazdy. Świat zaczyna być dla człowieka za ciasny.
I poco to wszystko? Poco niespokojny duch ludzki stara się zbadać głębie oceanów? Poco każe człowiekowi wspinać się na najwyższe szczyty górskie i wzlatywać ponad nie, daleko poza granice błękitu?
Zazwyczaj na to pytanie mamy odpowiedzi łatwe, blisko nas leżące, odpowiedzi praktyczne, trzeźwe. Ale trzeba być jednak w życiu romantykiem. Trzeba wychodzić dalej poza zakres wyznaczony „mędrca szkiełkiem i okiem”.
Okres dzisiejszy w rozwoju kultury i cywilizacji ludzkiej dałby się zamknąć w haśle olimpijskiem: „Citius! Altius! Fortius!” — szybciej, wyżej, śmielej! Te hasła uzewnętrzniają się przedewszystkiem w wielkiem usportowieniu mas, w masowym pędzie do nadzwyczajnych wyczynów, zarówno zbiorowych, jak i indywidualnych. To ogólne zjawisko uzewnętrznia się w słowach: automobilizm, lotnictwo, turystyka wysokogórska, żegluga i t. d.
Dzień dzisiejszy stoi pod znakiem hasła: „wyżej!”. Przedewszystkiem pęd w góry, chęć zdobywania nietkniętych dotąd ludzką stopą wyżyn stały się drugą naturą współczesnego człowieka.
Trudno notować wszystkie wyczyny ostatnich czasów. Pamiętamy tragiczne wyprawy w Himalaje. Do tej pory niespokojnemi myślami szukamy śnieżnej mogiły tych, co na ostatnim załomie skalnym, tuż pod szczytem Everestu, młode położyli życie. Pamiętnemi są wyprawy na niebotyczne Andy, na Pamir, na wiecznym śniegiem i lodem pokryte góry Alaski, na niebotyczne i poszarpane wierchy afrykańskie, azjatyckie, amerykańskie i australskie.
Ale na szczytach olbrzymów górskich nie kończy się ludzka tęsknota. Wprawdzie słońce tam bliższe niż na dolinach, wprawdzie niebo tam czystsze niż to, które oglądamy z nizin, wprawdzie tam inny i cudowniejszy świat, ale dusza ludzka tęskni i wyrywa się w międzygwiezdną przestrzeń, tam, gdzie po zawrotnych orbitach krążą obłąkane włóczęgi-komety, tam, gdzie się rodzi kosmiczny grad meteorów i gdzie panuje wieczysta cisza.
Rozpoczynają się romantyczne loty do stratosfery. Genjusz ludzki przypina do ramion skrzydła i wznosi nas coraz wyżej ponad szarą ziemię. Niejeden Ikar upadł w tej wędrówce na wyżyny z pod stropu niebios; ale tych Ikarów przybywa coraz więcej, coraz więcej z nich przystraja skronie laurem zwycięzcy.
Człowiek, czytający depesze o wyczynach Piccarda, Cosynsa, Kipfera, lotników sowieckich, czy ostatnio jednookiego Indjanina, Willey Posta, nie zastanawia się nawet, jak wielkie trudności do zwalczenia mają ci, co zdobyć chcą wyżyny…
Jedno tylko powiedzieć można: na stromych ścieżkach, wiodących w górę ku słońcu, za każdym załomem czyha śmierć! Ta śmierć sygnalizuje swą obecność różnemi przejawami. Otarł się o nią po raz pierwszy Saussure w r. 1787 w wyprawie na Mont Blanc. Tam, na lodowych przełęczach i granitowych turniach, chwytała śmiałków za gardło, pozbawiała ich tchu, napawała lękiem, apatją, nękała ciało bólami głowy, bezsennością, nudnościami, szarpała duszę rozdrażnieniem i uczuciem niemocy.
Ten sygnał śmierci znamy dziś pod nazwą „choroby górskiej”. Wiemy, że kościste palce śmierci potrafią zacisnąć się mocno na śmiałku i pozbawić go na wyżynach życia. Tragicznie zapisał się w r. 1875 pierwszy wzlot balonem na zawrotną wysokość, dokonany przez nieustraszonego Tissandiera.
Bo tam, na wyżynach, coraz mniej powietrza potrzebnego ludzkim piersiom. Płaszcz powietrzny, okrywający ziemię, jest nietylko w miarę wznoszenia się w górę coraz to cieńszy, ale i uboższy w ciśnienie. To ciśnienie spada o wiele szybciej, niż gęstość powietrza, która jest następstwem nietylko ciśnienia, ale także temperatury, obniżającej się bardzo wydatnie przy znaczniejszych wysokościach, a spadającej na wysokości 5.500 m przeciętnie poniżej połowy normy temperatury, panującej u podnóża.
Po tragedji towarzyszy Tissandiera w r. 1875 francuski fizjolog Paul Bert począł iść tropem śmierci, czyhającej na śmiałków na wyżynach, i porobił rewelacyjne odkrycia. Ustalił przedewszystkiem spadek ciśnienia tlenu na znacznych wysokościach, który dochodzi poniżej normy ciśnienia, potrzebnej do utleniania hemoglobiny we krwi. Coraz mniej tlenu mogą wchłaniać umęczone płuca śmiałków, coraz mniej życia wpływa w ludzki organizm z oddechem. Aż wkońcu nadchodzi kres…
Organizm ludzki jest wrażliwy na różnice w ciśnieniach tlenu. Wprawdzie u zdrowego człowieka niema widocznych objawów chorobowych przy wznoszeniu się do wysokości około 3.000 m, jednak przy użyciu odpowiednich aparatów pomiarowych dają się wykryć i ustalić skutki braku tlenu już znacznie niżej.
Tygodnik AS nr 6, 7 kwietnia 1935 (s. 6–7)