W greckiej mitologji sławna jest przypowieść o Danae, która swoimi wdziękami potrafiła usidłać nie byle kogo, bo samego Jowisza. Ten czuły na piękno ziemianek pan nieba, nie mogąc inaczej zdobyć uwięzionej Danae, zstąpił do celi więziennej pod postacią złotego deszczu.
Mit o greckiej Danae znalazł swoje zastosowanie i odbicie w dobie nowoczesnej. Oto w Ameryce — gdzieżby indziej? — znalazła się kobieta niebywałej urody, rozporządzająca olbrzymim majątkiem rodzinnym, której szlak życia prowadzi przez luksusowe apartamenty samych miljarderów. Współczesna Danae nie polowała na drobnych bogów, ale na prawdziwych Jowiszów dzisiejszego świata — miljarderów!
Wyszła z domu arystokracji finansowej U. S. A. — z pałaców i will fabrykanta samochodów Nasha, którego eleganckie limuzyny stanowią cel westchnień niejednej pięknej Amerykanki. Chowana w nieprawdopodobnym zbytku, postanowiła uczynić sobie z życia zabawę o najbardziej luksusowej oprawie. Wspaniale zbudowana, co jest zresztą wspólną niejako cechą kraju najpiękniej zbudowanych kobiet — Ameryki, smukła i wysportowana, o twarzy nacechowanej delikatnością rysów — wkroczyła w samo serce amerykańskiego życia wielkoświatowego. Powodowała nią ambicja nie byle jaka. Pragnęła zostać dyktatorką mody kobiecej w Stanach Zjednoczonych, której suknie, kapelusze, buciki, płaszcze i wszelkie małe drobiazgi toalety byłyby kopjowane, naśladowane i opiewane.
Tak się też stało. Rozporządzając fantastyczną fortuną, potrafiła piękna panna Nash zgromadzić koło siebie sztab artystów, którzy projektowali jej toalety. Były to kreacje w najwyższym stylu, suknie o niepowtarzających się wzorach, prawdziwie „wielkie toalety”, które stanowią ewenement balów, przyjęć i rautów. Kapryśna córka miljardera nie cieszyła się jednak długo jedną taką kreacją. Były to wszystko jętki jednodniowe, motyle trwające zaledwie 24 godzin. Suknie jej zmieniały się z okropną szybkością, ustępując miejsca coraz to nowym i nowym pomysłom. Opowiadają sobie, że w szafach panny Nash nagromadziło się coś około trzech tysięcy sukien, które oczywiście zdobiły później figury przyjaciółek miljarderki, względnie panien służących.
Przyzwyczajona do luksusów współczesna Danae nie potrafiła się z nimi rozstać z chwilą, gdy porzuciła dom rodzinny i postanowiła związać się małżeństwem. Jej trzej zkolei mężowie należeli do ekstraklasy miljarderskiej. Wszyscy trzej zostali ogołoceni ze swoich miljardów dzięki niebywałym ekstrawagancjom pięknej, jak bóstwo, panny Nash. Czując, że zapasy złota topnieją, oglądała się królowa mody amerykańskiej szybko za następną ofiarą.
Wreszcie wylądowała w Europie. Uznała widocznie, że Ameryka przestała być ciekawa i że powinno się pokazać swój czar, swoje wspaniałe toalety także i Europie. Oczywiście nie mogła wylądować gdzieindziej, jak w Paryżu. Odnieść sukces w Paryżu, tej stolicy mody światowej, zwrócić na siebie uwagę tamtejszych elegantek, zaprząc do pracy wyrafinowanych rysowników i artystów „miasta światła” — oto ambicja, która musiała przyświecać fantastycznej Amerykance.
Przybywszy do Paryża, potrafiła trzykrotna rozwódka zwrócić na siebie uwagę wielkiej ryby francuskiego przemysłu. Oto oczko jej padło na słynnego fabrykanta likierów i aperetivów Dubonneta, którego nazwisko zdobi tysiące murów Paryża zarówno nad ziemią, jak i na ziemi, i pod ziemią. Fabrykant Dubonnet zdobył podobno rekord w trwaniu małżeństwa z panną Nash; niewiadomo jednak, jak długo jego olbrzymie zasoby wytrzymają napór bardzo poważnych wydatków Amerykanki. Albowiem pani Dubonnet postawiła sobie cele bardzo ambitne: pragnie niejako ponad głowami paryskich magazynów, wielkich domów mody, które dyktują wzory i modele na różne sposoby — lansować własne pomysły, kreować własne modele, jednem słowem odgrywać wobec świata tę rolę, jaką w dziedzinie mody męskiej gra książę Walji.
Więc znowu, jak w Nowym Jorku, tak teraz w Paryżu kręcą się wokoło ciągle jeszcze pięknej Amerykanki rozliczni artyści i rysownicy, którzy łamią głowy nad tem, ażeby wyszukać jakieś nowe imię dla kreacyj niekoronowanej królowej mody. Jednak Paryż dzisiejszy nie jest Paryżem z przed lat dziesięciu, kiedy rozmaici królowie mody, jak Poiret, opływali w dostatki. Dzisiaj ten sam Poiret zbankrutował na całego i pobiera zasiłki dla bezrobotnych. Chcąc ratować się w tej niemiłej sytuacji, zorganizował objazd autobusowy różnych wielkich ośrodków Francji wraz z szeregiem modeli. Największą atrakcją tego domu mody na kółkach jest to, że każda suknia kosztuje tam 600 franków…
W tych kryzysowych warunkach ekstrawagancje niepokonanej przez czas pani Dubonnet mają mało szans powodzenia. A jednak Paryż jest już takiem miastem, że musi mieć swoje ekstrawagancje, swoje dziwactwa, swoje kaprysy i fantastyczne pomysły…
Tygodnik AS nr 2, 10 marca 1935 (s. 11)